Podchody – Level 2

Autor: Paweł

Tak, to tu. Opony zaryły w piasek, a podmuch wiatru rozwiał sterty suchych igieł… Dojechaliśmy. Wszystko było już gotowe. Klasa 5c mogła zaczynać ognisko!

Mama mojej koleżanki Basi zorganizowała nam grę terenową. Nazwała ją podchody.

Grupy, a było ich trzy, wyruszały w dziesięciominutowych odstępach. My mieliśmy sporo czasu – jeszcze dwadzieścia minut. Tak, byliśmy ostatni.

– Zbiórka za dziesięć minut – wykrzyknął mój tata, który był opiekunem naszej grupy.

Wszyscy rozbiegli się w różne strony.

Z drobnym opóźnieniem, przecież to tylko pięciu minut, wróciliśmy na miejsce. Wymyśliliśmy nazwę i okrzyk bojowy dla naszej grupy. Były to: „TV masło” i „Sherlock masło”.

– Bo tylko Sherlock masło to rozwikła – wyjaśniłem kolegom.

Masło to akurat ich pomysł.

Nasza drużyna składała się z Oliwki, Basi, Krzycha, Gabrysia, Karola, młodszego brata Piotrka i mnie. Ok, wkraczamy do lasu.

Drogę wskazywały nam ułożone z patyków lub wyryte w ziemi strzałki. W końcu dotarliśmy do wysokich piaszczystych wydm. Nie mieliśmy wyboru. Zaczęliśmy wspinać się po ukorzenionej piaskowej górze. W połowie drogi zauważyliśmy wiszącą na drzewie papierową torbę. Wyciągnęliśmy z niej pytanie dotyczące sąsiadów Polski. Po jego rozwiązaniu otrzymaliśmy wskazówkę. Głosiła ona: Podążajcie za kolorami flagi Włoch.

Na szczycie wydmy leżał wryty w piach pień, wokół którego owinięta była jaskrawozielona chusta. To pierwszy kolor. Dalej podążaliśmy za strzałkami. Piasek przekształcił się w stały grunt. Skręciliśmy i ani się obejrzeliśmy, kiedy znaleźliśmy białą chustę. Była ukryta w gałęziach drzew. Po minutowym marszu odnaleźliśmy jeszcze czerwoną płachtę. Wisiała na potężnym konarze. Nikt nie mógł jej dosięgnąć, więc zaczęliśmy wspinać się po drzewie i wspólnymi siłami ściągnęliśmy ją na ziemię.

Nieco dalej, na sośnie, wisiała niebieska reklamówka. Podbiegliśmy do drzewa i ściągnęliśmy torbę. W środku znaleźliśmy długopisy, karty do wypełnienia i zadanie. Brzmiało tak: Wymieńcie miejscowość, w której znajduje się wasza szkoła, podajcie nazwę waszej szkoły i w której jesteście klasie. Wszystko wypełniliśmy. W końcu udało się również wygrzebać wskazówkę. Mówiła ona by podążać za dyniami.

Po drodze do następnej torby znaleźliśmy trzy dynie. Wzięliśmy je ze sobą, bo cóż innego mieliśmy z nimi zrobić. W torbie było pytanie – Jak nazywał się patron waszej szkoły, zanim został papieżem. Mieliśmy tu mały problem, ale Karol pospieszył nam z pomocą.

– Nazywał się Karol Wojtyła – wyrecytował.

Wskazówka znajdująca się w środku mówiła – podążajcie za śladami chińskiego smoka. Po drodze zbieraliśmy papierowe lampiony. Z ich dołu zwisała czerwona bibuła, a na środku farbami był wymalowany smok.

Byliśmy na wzniesieniu i jak na dłoni widzieliśmy ulicę. Myślałem o dwóch wcześniejszych zadaniach. Chyba zapomniałem je opisać. Mieliśmy nauczyć się mówić „dzień dobry po wietnamsku i po chińsku.

– Vecholeao – rozbrzmiewało wszędzie.

W końcu udało nam się to poprawnie wymówić! Następnie mieliśmy wymienić narodowości występujące w naszej klasie. To poszło gładko. Są to narodowości polska, wietnamska, chińska, ukraińska i rosyjska.

No i trzeci, ostatni lampion został zdjęty z drzewa.

– To ja namalowałam – pochwaliła się Basia.

– Tego smoka na lampionie? – spytał Krzyś.

– To chiński pies. Dlaczego tego nikt nie rozumie? – zaczęła lamentować Basia.

– Doceniamy twoje poczucie humoru, ale powinniśmy zaczekać na resztę – zauważyłem.

Dalej napotkaliśmy ścieżkę rowerową. Strzałka poprowadziła nas w głąb lasu. Przedzieraliśmy się przez chaszcze, ale nie znaleźliśmy żadnych strzałek ani kolorowych toreb. W końcu zrozumieliśmy, że to pułapka, przygotowana przez poprzednią grupę. A my niepotrzebnie się męczyliśmy. Popatrzyłem na okaleczone ręce. A teraz przed nami droga powrotna… Kiedy udało nam się ponownie przedrzeć, ujrzeliśmy Oliwkę, Karola i Gabrysia, którzy nie popełnili takiego błędu jak my.

Gdy „bawiliśmy” się z krzakami oni znaleźli na wpół odkopane korzenie drzew. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że miały kształt strzałki. Tym razem się nie wahaliśmy! Przecież korzeni nie da się przestawić. Dalej poszło gładko. Najwyraźniej grupa pierwsza przestawiła strzałki, a grupa druga myśląc, że pierwsza dała spokój, przestawiła ją w stronę skrótu. Nie orientując się w terenie, szliśmy w stronę następnego wzniesienia. Było dosłownie zalane zeschłymi igłami sosny. Szkoda, bo już schodziliśmy na niższy teren. Po drodze udało nam się zebrać pięć kartonów z literami, które były przyczepione do powalonych pni drzew. Kiedy odczepiliśmy karteczki od ich rzekomych dawców, przycupnęliśmy na konarach i rozłożyliśmy następujące litery M, M, X, I, X. Próbowaliśmy ułożyć z nich jakieś hasło, ale nic z tego nie wychodziło, wiec daliśmy sobie spokój.

Dalej napotkaliśmy rozdroże, po środku którego rosło drzewo. Jedna droga prowadziła w dół, a druga wzdłuż pagórka. Na drzewie wisiała torba. Były w niej dwa zadania. Jedno głosiło: Wybierzcie dwie osoby z grupy, które najmniej znacie i dowiedźcie się, kiedy się urodziły,  jaki jest ich ulubiony kolor i jaki jest ich wymarzony prezent na gwiazdkę. Wybraliśmy Karola i małego Igora.  Z Karolem poszło łatwo. Nie wiedział tylko, co z tym nieszczęsnym prezentem gwiazdkowym. Udało mi się wygrzebać z torby dwie paczki jaskrawych pasteli. Tylko co z tym prezentem na gwiazdkę Karola?

– Karol, co lubisz robić? – zapytałem.

– Lubię spać – wyznał Karol.

– To może chciałbyś miesiąc snu, co?

– OK, Paweł!

I tu się zdziwiłem. Nie sądziłem, że zaakceptuje mój pomysł.

Z Igorkiem było trudniej. Jego ulubiony kolor to niebieski. Prezent to miś, ale za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć, kiedy się urodził.

W końcu niepewnie wyszeptał – Na wiosnę.

No cóż, wpisaliśmy  – Na wiosnę.

W tej chwili dynia, którą niósł Gabryś stoczyła się po ścieżce w dół. Kiedy reszta biegła za dynią, ja i Basia wykonaliśmy zadanie drugie, czyli rysowaliśmy dynię. Kontury narysowałem długopisem z reklamówki, a wypełniłem pastelami z papierowego zawiniątka. Wtedy dołączyła do nas grupa druga. Bartosz z grupy przeciwnej oznajmił, że należy iść ścieżką po lewej stronie. Nikt mnie nie słuchał, kiedy mówiłem by najpierw wszystko pozbierać. Oni jednak zamiast pójść za nami, uciekli, śmiejąc się.

Znowu nas wrobili – pomyśleliśmy.

Wszyscy chcieli ich gonić, ale ja stanowczo zasugerowałem, by najpierw posprzątać. Kiedy skończyliśmy, nikogo nie było. Inni zaczęli biec śladami grupy drugiej. Ale ja nie orientując się w sytuacji, pobiegłem dołem. Ta droga okazała się potężnym skrótem. Teraz słyszeliśmy ich śmiech. W końcu ich dopadliśmy, szkoda, że dopiero w chaszczach. Wszyscy szarpaliśmy się z nimi i rozpychaliśmy. Podciągnęliśmy rękawy, by łatwiej było rozpychać krzaki. Ciernie kłuły nas w nagie spocone od wysiłku ręce. Nagle przypomniałem sobie o wskazówce z poprzedniego zadania.

Było tam napisane: Spal tę kartkę w ognisku i upiecz sobie kiełbaskę. Smacznego!

Uważałem, by jej nie zgubić, bo inaczej nici z wykonania zadania.

– Ja za bardzo nie lubię kiełbasek – myślałem przedzierając się przez chaszcze – ale może upiekę piankę. Nie, ja zawsze partaczę pianki. To może chleb. Jestem ciekawy, czy zostało trochę wody…

Wybiegliśmy na światło dzienne. Byliśmy na mecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *